Zacznijmy od początku czyli bohaterów tej historii. Od kiedy pamiętam były dwie rzeczy, które doprowadzały moją Mamę do pasji (choć z tego co pamiętam po latach walki Mama w końcu kapitulowała i odpuściła jakiekolwiek próby zmiany tej rzeczywistości). Pierwszą rzeczą było łażenie po domu w skarpetkach i torpedowanie mnie i mojej Siostry argumentami, żeby tego nie robić. Drugą rzeczą, którą robię po dziś dzień, było wyyyyyyciąganie wszystkich możliwych rękawów bluzek, swetrów, koszul itp. Po prostu wszystkie one były dla mnie stanowczo za krótkie! ;-) a w sklepach jakoś moda na maksymalnie długaśne rękawy jakoś nie widać.
Postanowiłam zatem stworzyć bluzkę idealną :-) dzięki pomocy burdy 4/2011 (model 118). Uszyłam wersję midi, na przekór wykrojowi, który zakładał wersję mini albo long ;-) Jak na pierwsze zderzenie z dzianiną myślę, że nie jest źle a już niebawem podejmuję kolejne wyzwanie z tym samym wykrojem, bo jest naprawdę fajny i szyje się w jeden wieczór.
Ponadto przepraszam wszystkich za przerwy blogowe - tym razem nie zawiesiłam szycia! Jak czas pozwoli to jeszcze w tym tygodniu pokażę Wam moje najnowsze wyzwanie - pierwszy w życiu żakiet (20minut temu wdałam - kocham to słowo! - pierwsze w życiu rękawy i nawet jakoś wyglądają!). Mam nadzieję w weekend pokonać wszywanie podszewki i zaprezentować Wam całość, choć boję się, że mnie prędzej szlag trafi niż ją wszyję ;-)
Sobie cierpliwości a Wam dużo stopni Celsjusza ;-) w najbliższych dniach życzę!
Buźka! :)
Zdjęcia: tym razem Mąż, który pozazdrościł blogowania.